piątek, 16 grudnia 2016

Rozdział 5

Klub znajdował się w piwnicy i również tak się nazywał. Sama nazwa sprawiła, że przeszedł mnie dreszcz obrzydzenia. Piwnice były pod ziemią, było tam zimno, wilgotno i nieprzyjemnie. Czytaj: nie były to miejsca dla takich dziewczynek, jak ja.
Nic jednak nie wyglądało tak, jak myślałam, że będzie wyglądać. Do tego całego podziemia schodziło się po czarnych schodach, które na krawędziach miały neonowe światła płynnie zmieniające kolory. Czerwone, niebieskie, zielone. Czerwone, niebieskie, zielone. I tak w kółko. Oczywiście już na górze słyszałam muzykę, przy której bawili się ludzie. Na dole, na ceglanej utrzymanej w dobrym stanie ścianie wyryte było małe okienko, a nad nim przekrzywiony szyld z napisem: „Szatnia”, a pod tym cennik.
Zdjęłam z ramion kurteczkę, którą podałam Carterowi. Suzie zrobiła to samo. Dała mu buziaka, szepnęła coś do ucha i chwyciła mnie za rękę, ciągnąc w stronę hałasu.
— Co z Carterem? — zapytałam. Nie martwiłam się tym, czemu z nami nie idzie. Jak dla mnie, to mogłoby go tu nie być. Byłam tym jednak zaciekawiona, bo to wszystko było dla mnie nowe.
— Zapłaci za szatnię, weźmie numerek i do nas dołączy — krzyczała blondynka, bo przez muzykę nic nie było słychać. — Mamy wynajętą lożę. Stwierdziliśmy, że nie dałabyś rady przetańczyć całej nocy. Nie na pierwszy raz!
Nie wnikałam, a gdy wyszliśmy z zza rogu i zobaczyłam to pomieszczenie… Zamurowało mnie. Tam było mnóstwo ludzi. Siedzieli, stali przy dziwnym, wysokim blacie, tańczyli, a raczej wili się jak jakieś dżdżownice w okresie godów. Na suficie były kolorowe światła, przez które łatwo było o atak epilepsji, a w powietrzu unosił się dziwny, ostry zapach, którego nie znałam. Większą część zajmował parkiet, a na prawo stały poustawiane sofy i kanapy obite w czerwoną skórę, która pasowała do kolorystyki klubu. Na końcu sali znajdował się podest, który chyba miał imitować scenę.
— Ale tu głośno! I duszno! — poskarżyłam się. Nagle zaczęły dopadać mnie wątpliwości. Czy ja naprawdę tego chciałam? Uciekłam z mojego pięknego, pachnącego pokoju do tego miejsca, które może i dobrze wygląda, ale jest przepełnione dziwnymi ludźmi i nie ma dobrej klimatyzacji? Odpowiedź brzmi tak, tak chciałam tego, ale nie wiem, czy nadal tego chcę.
— Widzę twoją minę — zaśmiała się Susannah. — Nie martw się, Joyce. Ja wiem, na pierwszy raz to może zmęczyć samym widokiem, ale jak się napijesz, to będzie ci lepiej.
— Napiję?
Zaśmiała się.
— Alkoholu.
— Alkoholu? — zapytałam. — Ale jakiego alkoholu?
— Słuchaj, kochanie — zaczęła rozbawiona. — Nigdy nie mówiłam ci nic, co byłoby niezgodne z twoim trybem życia. Ba, ja nawet dostałam listę od twojego ojca, jakich tematów mam z tobą nie poruszać.
Uniosłam zdziwiona brwi. Wiedziałam, że ojciec lubił wiedzieć, co się ze mną dzieje, ale nie miałam pojęcia o żadnej liście. Niemniej jednak to mi nie przeszkadzało.
— Martwi się o mnie — wyjaśniłam, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie.
— Więzi cię — powiedziała Suzie i wyglądała na zdenerwowaną. — No nic. Stanęliśmy na alkoholu. Alkohol to nie tylko takie coś, o czym uczysz się na chemii — zaśmiała się. — To też coś, co się pije. Boże, w jakim ty świecie żyjesz — westchnęła. — Idziemy do baru!
Pociągnęła mnie w stronę tego dziwnego blatu, który wcześniej mnie zastanawiał. Kiwnęła głową do chłopaka za nim i pokazała dwa palce.
— To jakiś tajny kod? — zapytałam zirytowana jej wcześniejszym zachowaniem wobec mnie i tym całym przedstawieniem, na które, o zgrozo, sama się zgodziłam.
— Nie. Poprosiłam go o dwa shoty. Nie pytaj, zobaczysz. To paskudnie niedobre, ale po jakimś czasie idzie się przyzwyczaić.
Znalazła wolną przestrzeń i oparła się o bar, a po chwili podsunięto jej dwa małe kieliszki. Podobne do takich, w których Mercy trzymała różne drobiazgi. Te jednak nie miały w środku małych, czasami przydatnych rzeczy, a zapewne ten cały alkohol. Wyglądało jak woda i na brzegu miało przyczepioną cytrynę.
— Najpierw pij — poleciła Suzie. — A potem cytryna, o tak. — Wzięła kieliszek i wychyliła jego zawartość do ust. Skrzywiła się lekko i chwyciła plasterek owocu i ugryzła go, odrywając od skórki.
No co miałam zrobić? Wzięłam kieliszek i najpierw powąchałam, co mną wstrząsnęło, ale nie mogłam wyjść na słabszą. Skoro Susannah wypiła, to ja też musiałam. Wychyliłam zawartość do ust i od razu złapał mnie odruch wymiotny, a do oczu naszły łzy.
— Cytryna, Joyce, cytryna! — krzyknęła Suzie, a ja chwyciłam plaster spanikowana i odgryzłam owoc tak, jak zrobiła to ona, ale nie za wiele to mi pomogło. Zaczęłam brać głębokie wdechy. Usłyszałam śmiechy, więc rozejrzałam się, a kilka osób zerkało na mnie rozbawionych.
— Pierwszy raz z wódką? — zapytał jakiś chłopak, stojący koło nas i obejmujący długonogą, rudowłosą dziewczynę, która trzymała w dłoni szklaneczkę z różnokolorowym napojem. Wyglądało o niebo lepiej, niż to, co przed chwilą miałam w ustach.
— Pierwszy raz z rzeczywistością — odpowiedziała Suzie.
Sama siebie nie poznawałam. Powinnam być na nią wściekła za te wszystkie uwagi, ale to miejsce mnie oszałamiało! To nie było moje środowisko i czułam się w nim źle. Głośna, dudniąca muzyka mi przeszkadzała, a ten ostry zapach… Ten ostry zapach miał woń podobną do tego, co wypiłam.
Podszedł do nas Carter z szerokim uśmiechem, a potem zerknął na dwa puste kieliszki i zmarkotniał.
— No nie! Chciałem zobaczyć jej minę! — powiedział oskarżycielsko i dźgnął delikatnie swoją dziewczyną w brzuch.
— Nie jestem jakimś widowiskiem, a na pewno nie dla ciebie! — odpowiedziałam. — Chcę do domu. — Nie prosiłam, ja rządałam. Nie mogłam zadzwonić po Philipa, bo była noc, a ja uciekłam. Byłam poza domem bez wiedzy ojca, ochrony, służby czy kogokolwiek innego! Jaka ja byłam lekkomyślna, ale byłam pewna, że ta noc naprawdę może być miła. Nic jednak takie nie było, a ja nie poznawałam mojej przyjaciółki, dla której załatwiłam sukienkę w formie cichych przeprosin! Ona powinna mnie błagać na kolanach o to, abym jeszcze kiedykolwiek chciała się z nią widzieć. To było wręcz niewyobrażalnie paskudne. Ciągle miałam w ustach ten posmak alkoholu i chciałam się go jak najszybciej pozbyć, ale moja szczoteczka do zębów była w moim domu, w moim pokoju, w moim małym świecie, w moim bezpiecznym miejscu. Tam, gdzie było moje miejsce.
Poczułam uścisk na dłoni, a potem napotkałam spojrzenie Susannah. Chciałam wyrwać rękę, ale ona mi na to nie pozwoliła. Kiwnęła głową w jakiś kąt. Na ścianie był znak toalet. Westchnęłam i poszłam tam z nią.
— Przepraszam, Joyce. Może nie powinnam tak brutalnie zaznajamiać cię z rzeczywistością — mruknęła i zmarszczyła nos. Zawsze go marszczyła, gdy się zastanawiała. Ja robiłam to samo. — Nie będzie już alkoholu, jeśli ci nie smakował. Przynajmniej czystej wódki. Poszukamy może coś, co ci przypadnie do gustu. I zatańczymy. To naprawdę jest fajne. Dobrze? Proszę?
— Jestem na ciebie…
— Zła — dokończyła. — Tak, wiem. Jednak jesteś tu, więc spróbujmy, dobrze?
Westchnęłam i naprawdę nie wiem, co to miejsce ze mną robiło, ale kiwnęłam głową na znak zgody.

Dwie godziny później podskakiwałam w rytm tej bestialskiej, huczącej muzyki bez żadnego wyczucia czy kontroli swoich ruchów. Przestałam myśleć o tym, że zapewne wyglądam jak dżdżownice podczas godów albo ataków epilepsji, bo przecież sama tak nazwałam te dzikie ruchy jakiś czas temu. A dokładniej dwie kolejki przepysznego tequila sunrise wcześniej. Jak to określi Carter: „panienka nawet alkohol musi mieć wyszukany, bo zwykła wóda jej nie pasuje”. Nie pasowała mi ta „zwykła wóda” i nie pasowała mi jego obecność, ale nic nie mogłam na to poradzić. Bawiłam się z moją przyjaciółką, a on był tylko towarem dodatkowym. Traktowałam go jak pracowników w moim domu. Przynosił alkohol, wodę czy inne potrzebne nam rzeczy, pilnował godziny i numerków od szatni. Był, choć ciężko mi to przechodziło przez myśl, nawet przydatny, ale to nie wystarczyło, abym poczuła do niego nić sympatii. Może zmniejszyło moją niechęć, nic więcej, nic mniej.
Oczywiście nie zamierzałam już więcej pić pomarańczowego trunku. Czułam się już wystarczająco dziwnie i nie jak prawdziwa Joyce Snowdon. Nieco szumiało mi w uszach, czasami gadałam od rzeczy i kosmyki włosów kleiły mi się do spoconego czoła, skroni i policzków. Na początku panikowałam, że nie wyglądam idealnie, ale przestało mnie to obchodzić po pierwszym drinku, a po półtorej już nawet o tym nie myślałam. W pewnym momencie poczułam jednak się wyczerpana i potrzebowałam odpocząć od panującego w klubie hałasu i duszności.
Kazałam Carterowi załatwić mi zimną wodę i odeszłam na bok, ale to nie wystarczyło. Bez słowa ruszyłam do wyjścia.
— Panienka już wychodzi? — zapytał rosły mężczyzna, stojący koło drzwi.
— Tylko na chwilę — wyjaśniłam.
Kiwnął głową i uśmiechnął się. Podszedł do mnie i chwycił za rękę, a ja chciałam się odsunąć, ale on tylko przyłożył mi coś do dłoni. Gdy się odsunął zauważyłam papierową bransoletkę z nazwą klubu.
— Teraz droga wolna. — Mrugnął do mnie.
Na zewnątrz było chłodno, ale nie zimno. Idealnie. Oparłam się z westchnięciem o murek. Lekki wiaterek muskał moją skórę, osuszając ją z nadmiaru potu. Poczułam się zmęczona, brudna i przeciążona tym wszystkim. Alkohol w krwi nagle stracił swoje cudne właściwości i poszedł w całkowicie inną stronę. Odczuwałam lekki ból żołądka, ale nie było to nic strasznego. Znowu zatęskniłam za łóżkiem, ale ze spokojem, odszukując swój trzeźwy umysł, stwierdziłam, że to tylko reakcja organizmu na zmęczenie. Musiałam przyznać, że podobało mi się, ale nie było to coś, co chciałabym powtarzać bardzo często. Czułam, że będę potrzebowała spokoju i chwil relaksu po dzisiejszej nocy i w mojej głowie od razu zakwitła myśl o SPA i nie mogłam się doczekać, aż ją zrealizuję.
Bałam się, że przysnę, więc zaczęłam powoli iść przed siebie. Nie znałam okolicy, ale stwierdziłam, że jeśli będę szła prosto, to z dziecinną łatwością znajdę drogę powrotną. Nie myślałam też o lęku przed ciemnością, bo resztki alkoholu we krwi całkowicie odsunęły ode mnie ten strach.
Szłam sobie niewzruszona, dopóki ktoś nie zaczął mnie zaczepiać. Na początku starałam się to zignorować i bardziej skupiłam się na tym, co mnie otacza i zaniepokojona stwierdziłam, że oświetlona, zadbana ulica zmieniła się na szarą kamienicę, na której nie działała co druga lampa. Uzmysłowiłam sobie, że przecież szłam prosto, więc wystarczy zawrócić, wejść do klubu, odnaleźć Susannah i Cartera, którzy pewnie mnie już szukają, i poprosić o powrót do domu. Strasznym wydawało się jednak ponowne wdrapanie po drabince na mój balkon. Bez pomarańczowego napoju było to ciężkie, a co dopiero po nim.
Zawróciłam więc, ale nie byłam na ulicy sama.
— Hej, panienko, zgubiłaś pantofelek? — zaśmiał się jeden z mężczyzn, bo po ich postawnej sylwetce stwierdziłam, że każdy z nich jest płci brzydkiej, a było ich trzech.
Nie odpowiedziałam, chcąc ich zignorować ze spokojem. Nie miałam nastoju do zaczepiania się, ale nie czułam też strachu. Czy oni wiedzieli, kim ja jestem? Lepiej dla nich, jeśli mnie zostawią.
— Chyba zapomniała języka! — prychnął drugi, bardziej ochrypłym głosem.
— Panowie, oddalcie się, a na pewno nie będziecie żałować tego, że naruszyliście mój spokój — odezwałam się jednak, bo oni ciągle do mnie podchodzili, a ja, aby się cofnąć, musiałam właściwie koło nich przejść, choć wolałabym tego uniknąć. Wokół było pełno pobocznych uliczek, gdzie mogli sobie zniknąć. Nie zrobili tego, a roześmiali się tak, jakbym opowiedziała im jakiś wykwintny żart!
— O, niezłe! — stwierdził obcy. — Stanowcza i nieustraszona, lubię takie kobietki.
Podszedł do mnie i złapał mnie za ramię, mocno ściskając, a ja poczułam ten ostry zapach alkoholu i wstrząsnął mną, ponownie tego wieczoru, odruch wymiotny.
— Proszę mnie puścić — warknęłam niezadowolona. Naprawdę wyprowadzali mnie z równowagi!
— Pobawimy się. — Wzmocnił uścisk i szarpnął mnie tak mocno, że zachwiałam się, a moja szpilka utknęła między kostką na asfalcie. Wygięłam stopę w bolesny sposób i syknęłam. Upadłabym, gdyby ten mężczyzna mocno mnie nie trzymał.
— Co za sierota! — mruknął głośno, a ja dopiero zaczęłam czuć zalążki strachu, budujące się w moim ciele i obezwładniające je. Oni nie chcieli mnie puścić, choć im kazałam. Nie rozumiałam tego. Nie wiedzieli, z kim zadarli, co im zrobi mój ojciec, gdy się dowie?
Zostałam brutalnie zaprowadzona do jednej z pobocznych uliczek, mój oddech przyśpieszył, a do oczu naszły łzy. Mówiłam im ciągle o tym, aby mnie puścili, że zapomnę o całej sprawie i wszyscy wrócą do domów, ale tylko się ze mnie śmiali.
— Ucisz ją, Jack, mam dość jej skomlenia — powiedział jeden z nich. Nie mogłam ich rozróżniać jakoś bardziej, bo wszyscy mieli bluzy z kapturem, a poza tym było ciemno, a moje załzawione oczy wszystko rozmazywały. Wspomniany Jack jednak pchnął mnie na ścianę i poklepał, dość mocno, po policzku.
— Zamknij się, księżniczko, a nic ci się nie stanie — wyznał, ale nie brzmiało to szczerze. Wsunął dłoń pod moją kurteczkę i bluzkę, na brzuch. Pisnęłam, czując jego zimną, dużą, nieprzyjemną dłoń.
Zamknęłam oczy, nie wiedząc, co właśnie się dzieje. Nigdy nie zostałam tak potraktowana, nikt nie śmiał, a ja nie miałam pojęcia, dlaczego ten mężczyzna mnie tak dotyka! Co mu to da? Byłam zła na nich, na siebie, że wyszłam z tego klubu i na Suzie oraz Cartera, że mnie nie przypilnowali. Nie powinnam znaleźć się w tym miejscu.
Usłyszałam jakieś chrząknięcie, a Jack puścił mnie, aby się odwrócić.
— Nudzicie się? — zapytał męski głos, którego nie słyszałam wcześniej w obecnym gronie. — Tyle razy wam mówiłem, że nie mam zamiaru bawić się w pieprzonego Robin Hooda czy inne gówno i ratować damy z opresji.
— Więc nie musisz tego robić!
— Puść ją, Jack.
Otworzyłam oczy, a nieznajomy przesunął trzymającego mnie mężczyznę i spojrzał na mnie. Wyglądał na zaskoczonego.
— Skąd tu, do cholery, wzięła się taka panienka? — gwizdnął, oglądając mnie, jak jakiś obraz na wystawie. — Jestem David, a ty właśnie uniknęłaś wielkich kłopotów — przedstawił się z lekkim uśmiechem. Zdałam sobie sprawę, że cała drżę, a potem osunęłam się po zimnej, chropowatej ścianie, tracąc przytomność. 
__________________________________________________________________________
Cześć, kochani! Ja wiem, że to wszystko nie tak miało się potoczyć, a ja miałam wrócić do regularnego bycia u Was i publikowania u siebie, ale! Ostatecznie studiuję swoją wymarzoną psychologię na UWr! Sprawa wygląda jednak tak, że nie mieszkam we Wrocławiu, muszę dojeżdżać, co mnie nieco zabija. Nie ma mnie od rana do wieczora w domu i cóż, musiałam przywyknąć do trybu: nauka. Bez bicia przyznaję, że całe liceum nic się nie uczyłam, nie licząc matmy. A teraz uczę się czegoś, co chcę robić, co ma pomagać ludziom i kujonem jestem! XD Ogarnięcie tego trochę mi zajęło, przystosowanie się do studenckiego życia i w ogóle. No i lenistwo oraz brak weny też trochę zawiniły. Mam jednak nadzieję, że ktoś tu jeszcze ze mną jest. Odezwiecie się? Ja sama bardzo, bardzo z całych sił, postaram się nadrobić rozdziały u Was.

Pozdrawiam,
CM Pattzy.

ps. założyłam wattpada, zapraszam!